niedziela, 15 czerwca 2014

SŁODKO - GORZKI BUNTOWNIK

Kto z nas nie lubi spacerów w słoneczne dni? Kto nie lubi spędzić więcej czasu w sklepie zwłaszcza mając przypływ gotówki ;) ? Która z nas nie uwielbia tych że momentów w których dziecko(pod naszym czujnym okiem) zajmuje się samo sobą i swoimi zabawkami, a my właśnie mamy chwilę dla siebie na cudownie pachnącą herbatkę albo aromatyczną kawkę... Chyba zdecydowana większość...

A teraz, ile z nas już od chwili wyjścia z domu na spacer czy zakupy ma ochotę natychmiast wracać do domu i to czym prędzej? Która z nas nie zdążyła nawet powąchać herbatki albo zdjąć łyczka z ukochanej „pobudzaczki” kawy? Oj...chyba też zdecydowana większość.

Nie dziwi fakt,że może w takich momentach coś się wydarzyć,już chcemy upić łyk a tu: np. telefon, ważny telefon dzwoni i cóż, jak mus to mus, odbieramy. Mogło się zdarzyć , że nie pochodziłyśmy za długo po dworze bo ni stąd ni zowąd -deszcz, było słońce i już nie ma, no zwyczajny niefart. A z zakupami,może właśnie spóźniłyśmy się i sklep za niedługo zamykają...
To nazywa się zwykły pech.

Jednak jest jeszcze coś i o ile na pogodę czy dzwoniący telefon, albo godziny otwarcia sklepu nie mamy żadnego wpływu, o tyle tu mamy, możemy zareagować a nawet powinnyśmy.
Otóż nasz „powód” to nikt inny jak nasza pocieszka :D

Nie wiem co w takich momentach kieruje naszymi dziećmi, czy to czysty nieświadomy egoizm malucha, czy zamierzone z premedytacją działanie mające na celu sprawdzić naszą wytrzymałość, na ile mogą sobie pozwolić, czy jakiegoś rodzaju „matczyno-dzieciana” telepatia,że w chwili gdy potrzebujemy spokoju, ciszy, albo zwyczajnie czasu na coś, co sobie zamierzyłyśmy, One, właśnie wtedy dają się we znaki ze zdwojoną aktywnością, domagając się tu i teraz uwagi,demonstrując nam to w dość obsceniczny sposób....

Zwłaszcza w sklepach! Ile razy widziałam biedne zakłopotane mamy, szarpiące się z dziećmi które rzucają się na podłogę, tupią, krzyczą, wymachują rękoma, kopią, gryzą, sceny dosłownie jak z egzorcyzmów! Mówię, ekhem...piszę to całkiem serio! Dotychczas byłam tylko biernym obserwatorem, który zawsze ze współczuciem oglądał takie dantejskie scenki z udziałem tych najmniejszych milusińskich, ze współczuciem dla mam rzecz jasna. Biedne, czerwone jak pochodnie, zmieszane, zakłopotane i obrzucane mnóstwem grubiańskich spojrzeń ze stron innych, a czasem nawet znoszące nie miłe i uszczypliwe komentarze rzucane pod ich adresem...

Tak kochani, tak właśnie tak, karcone przez przewijającą się wokół nich tłuszczę za to, że nie chcą ulegnąć swojej -najpierw jakże słodko robiącej maślane oczęta pocieszce-nie dają się zmanipulować i zasłodzić przez swoje dziecko,tylko i wyłącznie „cukrzącemu” mamie w celu zdobycia kolejnej zabawki. Bo Ono właśnie ma taki kaprys i to chce.
Jednak tłuszcza wokół zapamiętuje i dostrzega tylko tą słodko zrobioną minę, wielkie pełne nadziei oczka i cudowny lekki półuśmiech, który wyczekuje na pozytywne rozpatrzenie swojej prośby.
Gdy ta taktyka nie skutkuje, a rodzicielka zdaje się uodparniać na mistrzowsko wyuczone słodkie minki malucha, zaczyna być gorzko....
O i to jak....
Atak na matkę przypada z dwóch frontów, z jednej jest Ono, wierzgające w sklepowym koszu niczym poparzone, lub rzucające się na podłogę, miotane skrajnymi emocjami czy też bezpośrednio atakujące „zimną rodzicielkę”w odwecie za odmowę...
Z drugiej strony są ONI! Cała rzesza gapiów wlepionych w matkę jak łowca skupiony na swojej zwierzynie....
Nie ma chyba większego horroru i uczucia porażki, zgnębienia dumy matczynej, rodzicielskiej i osobistej jak takie słodko-gorzkie zagrywki naszych dzieci. Zwyczajnie nam wstyd!
Do niedawna sądziłam, ba- byłam o tym święcie przekonana,że mnie nic takiego nie może spotkać, przecież moi synkowie mają już 6 i 8 lat i nigdy tak nie robili to ich siostra pewnikiem będzie identyko, no bo przecież do tej pory żyłam przekonana,że to moja zasługa,że moje dzieci tak nigdy nie postępowały,jednak córka szybko sprowadziła mnie na ziemię i wyprowadziła z błędu, udowadniając jak bardzo się myliłam.

Teraz trwa „walka”, o to kto ma ostatnie słowo, ile można przeciw mamie używać takich sztuczek, „walka” o autorytet wśród starszych dzieci jak i na przyszłość u ich siostry. Oraz „walka” o to aby wytyczyć zdrowe granice w tzw. rozpieszczaniu, pozwalaniu dzieciom na odrobinę więcej, w dawaniu im większej swobody.
Jednak ma to swoje stresogenne czynniki, jest męczące, mozolne i ma się wrażenie,że co i jak byśmy nie zrobili to i tak się nie uda, dziecko postawi na swoim, no bo jak tu mówić nie, nie kupię bo nie mam za co, albo nie jest ci to do niczego potrzebne, lub masz takich już 4 w domu....No jak mówić nie gdy dookoła nas tylu znawco-wychowawców, bladego pojęcia nie mających o nas, ani o całym zajściu, którzy szybko i bez procesu osądzą cię i wydadzą na ciebie wyrok publicznego wzrokowego linczu nim zdążysz się spostrzec...

Moja mała rada? Moje dziecko, moja sprawa, osoby trzecie nie będące i nie pozostające ze mną i moją rodziną w jakimkolwiek zażyłym stosunku nie mają żadnego prawa do tego by się wtrącać, a jeśli to właśnie zrobiły, robią lub zamierzają- TO NIECH SIĘ WSTYDZĄ .

MOJA RODZINA-TO MOJA ŚWIĄTYNIA, więc nie rozumiem jakim prawem tak wiele osób jest w stanie wspinać się na tak wysoki poziom bezczelności i w jakikolwiek sposób oceniać mnie, nas jako matki, osoby... Dając przy tym do zrozumienia, za kogo nas mają. Ech...